Dedykacja dla Kimi
Dzięki twojemu poganianiu zabrałam się za ten rozdział, dziękuje Kochana:*:*
Dzięki twojemu poganianiu zabrałam się za ten rozdział, dziękuje Kochana:*:*
Obmyłam twarz kilka razy zimną
wodą. Chciałam aby to wszystko okazało się snem. Nie chce już dłużej tak
cierpieć. Chce wrócić do domu, do rodziców! Popatrzyłam na swoje odbicie
w lustrze. Miałam rozciętą dolna wargę i podbite prawe oko. Wyglądałam
strasznie. Włosy rozczochrane i tłuste. Matko! Nie chce by ktoś mnie oglądał w
takim stanie. A ten przystojniak Haruki
Fuse mnie widział, masakra! Namoczyłam ręce i poprawiłam sobie włosy, grzywkę
zaczesałam do tył. Przez to całe zamieszanie dopiero teraz spostrzegłam, że ma
na sobie szpitalną koszulę, pod spodem nie mam żadnej bielizny! Dobrze, że jest
luźna, przynajmniej nie widać moich małych piersi. Usłyszałam zza drzwi głośną rozmowę, jeden
głos rozpoznałam od razu, była to moja mama! Jak najszybciej mogłam, podeszłam
do drzwi, otworzyłam je. Przed wejściem Hikaru szarpał się z moja matką, pewnie
nie chciał ja wpuścić.
-Mamo! – łzy szczęścia
napłynęły mi do oczu, nie wstydziłam się płakać. Chłopak przepuścił ją,
podbiegła do mnie i przytuliła.
-Kochanie, przepraszam cię za
wszystko! To moja wina! – wyszeptała mi do ucha głaszcząc po głowie. Mocna ją
przytuliłam, nie chciałam puścić, bałam się, że gdy tylko się od niej oderwę,
zniknie.
-Mamo zabierz mnie stąd! Niech
tata im zapłaci, ja nie chce… - nie
dokończyłam, przerwała mi, kładąc palec na ustach.
-Ciii, nie bój się. Wszystko
będzie dobrze – ciepło z jakim to wypowiedziała uspokoiło mnie, a oczy, pełne
wiary, dodały otuchy. Popatrzyła na Hikaru, on tylko się uśmiechnął i nas
przepuścił. Nie rozumiałam tego, wcześniej nie chciał jej przepuścić, a teraz
się uśmiecha i nas przepuszcza? Popatrzyłam na mamę pytająco, lecz tylko
odpowiedziała mi uśmiechem. Doszłyśmy do pokoju, w której leżałam. Pomogła mi
się położyć i otuliła mnie kołdrą. Usiadła na krześle stojącym obok szafki
szpitalnej i powiedziała:
-Śpij spokojnie, będę przy
tobie.– pogłaskała mnie po głowie. Spojrzałam w kierunku otwartych drzwi, stał
w nich brunet, dziwnie się uśmiechał. O co w tym wszystkich chodzi?? Nie mam
siły teraz o tym myśleć, jest przy mnie mama, nie muszę się bać. Zamknęłam oczy, byłam zmęczona, zasnęłam.
~*~
Minęło kilka godzin. Sakura
spokojnie spała, na jej twarzy malował się uśmiech. Była szczęśliwa, Rinako
siedziała nad nią, płakała. Żałowała, że posłuchała męża i wróciła ze swoim
dzieckiem do Tokio. Wiedziała, że Makoto ma dług u jej brata, lecz tego się nie
spodziewała. Nie przewidziała, że za błędy męża będzie cierpieć jej dziecko.
Sakura była zaadoptowana ponieważ Rinako w młodości miała nieszczęśliwy
wypadek. Została postrzelona na imprezie, przez wroga ojca. Macica została
przebiła przez kulę, więc lekarze musieli ją usunąć. Cała rodzina od pokoleń
należała do mafii, a raczej była jej szefem. Po tym wypadku matka Sakury nie
chciała mieć nic wspólnego z rodziną, wyjechała z Tokio do Nowego Jorku i tam
poznała Makoto. Miał on dwuletniego syna Kaoru, jego matka umarła przy
porodzie. To była wielka miłość, chociaż dowiedział się, że nie może mieć
dzieci, poślubił ją. Po ślubie wrócili do Tokio i wtedy jej mąż zaciągną
ogromny dług u Fugaku, aby rozwinąć własny biznes, co się nie udało. Rok po
ślubie zaadoptowali dziecko. Z każdym rokiem dług się powiększał, aż w końcu
urósł do rekordowej sumy. Najwięcej pieniędzy poszło na adopcję Sakury i jej
leczenie. Biologiczna matka dziewczyny była narkomanką, gdy Sakura się urodziła
miała zainfekowaną krew narkotykami. Potrzebowała długiego leczenia, które dużo
kosztowało. Lecz po roku była już zdrowym dzieckiem. Fugaku na prośby Rinako,
odliczył od długu koszty leczenia dziewczynki, lecz nie zrezygnował z
pieniędzy, które Makoto przegrał w karty. Usłyszała pukanie do drzwi, zerwała
się gwałtownie z siedzenia. Do pomieszczenia wszedł jej brat, spojrzał na
dziewczynę i gestem ręki zawołał Rinako. Kobieta poszła za nim. Wyszli na
korytarz, zamknęła drzwi do sali, w której spala różowo włosa. Brunetka obtarła
łzy, spojrzała na brata błagalnie. Teraz ma okazję poprosi go o wypuszczenie
Sakury.
-Posłuchaj – zaczął pierwszy
–wiem, że obwiniasz ojca i mnie o to co się stało. Rozumiem, że traktujesz
Sakurę jak własne dziecko, przez to zapłaciłem za jej leczenie. Ale teraz,
kiedy wróciliście, a Makoto nie ma pieniędzy na długi, nie mam wyboru.
-To czemu chcesz zabić moje
dziecko? Zabij jego! – wykrzyczała. Fugaku szeroko otworzył oczy ze zdziwienia,
Rinako dopiero po chwili zdała sobie sprawę z wypowiedzianych wcześniej słów.
Odruchowo zasłoniła usta rękami, na jej twarzy malował się strach i odraza do
własnych słów.
-Ha! A już myślałam, że nic
nie zostało ci z naszej rodziny! – uśmiechnął się chytrze – więc mam zabić
Makoto, a Sakure zostawić w spokoju tak??
-Ja… - była zmieszana, nie
wiedziała co powiedzieć. – nie chce by coś stało się mojemu dziecku…
-Dobrze więc, zastanowię się
nad twoją propozycją. Teraz wracaj do córki. – ominął ją i szedł w stronę
wyjścia.
-Zaczekaj, czy to znaczy, że
jest wolna? – zawołała za nim.
-Na razie nie, muszę się
zastanowić, do zobaczenia Rinako! – Skręcił, i zaniknął za ścianą.
~*~
Otulało mnie dziwne ciepło.
Czułam się bezpieczna i spokojna, niczego się nie bałam. Usłyszałam jakieś
głosy, przetarłam oczy, otwarłam je. Byłam sama, powędrowałam leniwie wzrokiem
po pomieszczeniu. Co? Nie ma jej? Zerwałam się do pozycji siedzącej.
-…Zabij jego! – usłyszałam
głos rodzicielki zza drzwi.
-Ma…- chciałam zawołać matkę,
lecz usłyszałam męski śmiech.
-Ha! A już myślałam, że nic
nie zostało ci z naszej rodziny! Więc mam zabić Makoto, a … - nie dosłyszałam
co powiedział.
-Ja… nie chce by coś stało się
mojemu dziecku…
-Mamo? O co tu chodzi? Jakiej
rodziny? – wyszeptałam do siebie, byłam w szoku. Makoto? Czy ten mężczyzna ma
zabić mojego ojca i za co? Chyba nie… Musze ostrzec tatę! Ale jak się stąd
wydostane i jeszcze ta noga w gipsie…
-O Sakura, kiedy się
obudziłaś? Dobrze spałaś?– zapytała mama wchodząc do pokoju.
-Tak, przed chwilą… która
godzina? – posłałam jej radosny uśmiech. Nie mogę dać po sobie tego poznać, że
słyszałam ich rozmowę. Ale dlaczego mama chce zabić ojca, nie ma innego
sposobu? O co chodzi.
-Już południe, na szafce masz
śniadanie – odpowiedziała, wzięła swoją torebkę i założyła płaszcz – muszę już iść kochanie, przyjdę jutro.
-Ale dlaczego? Zostań!
-Przepraszam skarbie, muszę coś
załatwić. Pa – wyszła. Ciekawe co ma do załatwienia? Kupienie spluwy na ojca? I
znowu zostałam sama, powrócił strach. Czemu nie mogę mieć normalnego życia?
Spojrzałam na tacę ze śniadaniem. Wzięłam jedną kromkę chleba, posmarowałam
masłem i zjadłam. Zrezygnowana położyła się, upatrzyłam sobie punkt na suficie
i się w niego wpatrywałam.
Minuty mijały, a ja nadal
wpatrywałam się w sufit. Nie chciało mi się nawet obmyślać planu ucieczki, to i
tak bez sensu… Ehh…mam tego dość! Drzwi zaskrzypiały, spojrzałam na nie. Do
pomieszczenia weszła pielęgniarka z tacą.
-Proszę obiad – powiedziała
kładąc i zmieniając tacę na szafce. – nic pani prawie nie zjadła. Nie ma pani
apetytu?
-Jakoś nie chciało mi się
jeść..czy była by szansa bym się wykąpała?
-Z noga w gipsie? Będzie
trudno, ale coś postaram się załatwić. Proszę zjeść obiad, za dwadzieścia minut
przyjdzie do pani lekarz.
-Dobrze, dziękuję. Wyszła, podniosłam się i usiadłam.
Popatrzyłam na tacę, zupa pomidorowa z samej wody i dwie kulki ryżowe? To ma
być obiad? Chyba sobie żartują! No, ale nie będę wybrzydzać. Zupę ledwo, że
zjadłam, nienawidziłam pomidorowej. A drugie „danie” zostawiłam sobie na
później.
-Dzień dobry pani, jak się
pani czuje? – usłyszałam znajomy głos. Mężczyzna w fartuchu wszedł do środka patrząc
się na kartę informacyjną. – lekki
wstrząs mózgu, skręcenie w kostce i kilka siniaków. Powinna być pani
szczęśliwa, mogło to… - popatrzyła na mnie i zamilkł.
-Dzień dobry doktorze Fuse,
myślałam, że już pana nie spotkam – powiedziałam wesoło. Kto by się spodziewał,
że Haruki jest lekarzem, przecież jest taki młody!
-A witaj Sakuro, kto by się
spodziewał, że jesteś moją pacjentką – uśmiechnął się.
-No właśnie! Była by szansa
zdjąć mi szynę i wypuścić jeszcze dzisiaj Doktorze?? – ciągnęłam rozbawiona,
zamrugałam kilka razy rzęsami.
-Nie ma szans! Musze jeszcze
wyciągnąć od ciebie numer telefonu, a to trochę potrwa! Hehe - roześmiał się, a
ja z nim.
-Nom zgadzam się, bo zgubiłam
telefon – a tak naprawdę to mi go zabrali porywacze, ale togo mu nie powiem.
-Pewnie gdy cię potrącono ci
wypadł? To już go nie znajdziesz. – ehh… on jest taki przystojny, a do tego
przypomina mi barta.
-Ile masz lat? – zapytałam
nagle– o sorki! Nie powinnam pytać.
-Spoko, a czemu chcesz
wiedzieć?
-No…no bo wyglądasz strasznie
młodo i...
-Nie mam doświadczenia?
-Nie to chciałam powiedzieć!
–zarumieniłam się. Kurka, ale wpadka.
-Mam dwadzieścia sześć lat,
rok temu skończyłem studiować i mam już jakieś doświadczenie.
-Przepraszam jeśli cię
uraziłam –byłam czerwona jak burak, jaki wstyd! Zrobiłam z siebie kretynkę!
-Nie musisz przepraszać. Ty
masz 17 lat, tak?
-Hai… - wyszeptałam.
-Dobra, połóż się – posłuchałam polecenia. Wyjął z kieszeni
małą latareczkę, sprawdził czy źrenice dobrze reagują na światło – masz zawroty
głowy, mdłości?
-Nie.
-No to potrzymamy cię jeszcze
kilka dni na obserwacji i dostaniesz wypis.
-A nie można by wcześniej?
-Nie, przecież muszę wyciągnąć
od ciebie numer telefonu, nie? – puścił mi perskie oczko.
-No tak… musisz się postarać
–zażartowałam. Pożegnał się i wyszedł, powiedział, że musi jeszcze odwiedzić
innych pacjentów. Eh.. szkoda, a była chwila rozrywki. Nie wiem czemu, ale przy
nim czuje się dziwnie bezpiecznie. Dotknęłam rekami policzki, byłam cała
rozpalona, czerwienie się jak mała dziewczynka, a mam już siedemnaście lat!
~*~
-Ty idioto, kretynie! Jak
mogłeś ją stąd wypuścić! Czy to nie było dziwne, że jest zamknięta na klucz w
pokoju Itachiego!? – wrzeszczał Fugaku na syna. Chodził po całym pokoju w jedną
i w drugą stronę, ręce trzymał splecione na plecach, twarz miał całą czerwoną
ze złości. – gorszego imbecyla nie widziałem! Dobrze, że mam jeszcze Itachiego,
bo z ciebie nie ma żadnego pożytku! Tylko alkohol i dziewczyny! Opamiętaj się
masz 17 lat!!
-Daj spokój! Przecież nie
zaginęła? Siedzi teraz w szpitalu przykuta do łóżka, bo ma nogę w gipsie
–starał się nie zwracać uwagi na obraźliwe słowa kierowane w jego osobę. Nie
chciał teraz pyskować ojcu, był opanowany, nie dał ponieść się emocją.
-Ta… mamy szczęście, ze wpadła
komuś pod auto i znaleźliśmy ją w szpitalu. – podszedł do barku wyjął z niego
whisky i nalał sobie do szklaneczki, wrzucił trzy kostki lodu, i wziął duży łyk
trunku. – a ciekawe co byś mówił jak by
gdzieś zniknęła?
-Ale nie zniknęła!
-Tak…
-Ojcze – przerwał mu Itachi
wchodząc do gabinetu – wrócę wieczorem, jak przyjdzie Miku powiedz żeby
poczekała.
-A gdzie się wybierasz? –
zapytał z ciekawości Sasuke.
-Nie twoja sprawa – wyszedł,
zamykając za sobą drzwi. Uchiha uśmiechnął się pod nosem, wziął kolejny łyk
napoju.
-Możesz już iść, nie chce
teraz na ciebie patrzeć łamago! - ryknął
na syna, on posłusznie opuścił pomieszczenie. Rozłożył się na fotelu popijając
trunek. Zadzwonił telefon, leniwie wyciągnął rękę po słuchawkę.
-Czego! – warknął.
-Z tej strony Junichi…
-Znaleźliście go?
-Nie jego, ale portfel i
płaszcz. Mamy też, świadka, który widział skaczącego mężczyznę z mostu,
przeszukać brzegi rzeki i dno?
-Lepiej to sprawdzić, niż
myśleć, iż skoczył, chociaż w to wątpię. Sprawdź wszystko i daj mi znać!
-Tak jest, szefie! – rozłączył
się. Co ty kombinujesz Makoto, pomyślał, myślisz, że takim zagraniem mnie
zwiedziesz??
~*~
Zanim pojechał do szpitala po
drodze wstąpił do sklepu i kwiaciarni. Kupił kosz kwiatów i czekoladki. Już
wczoraj je zamówił, zaraz po tym niemiłym incydencie. Był zły na sienie, że nie
dał rady wyhamować, lecz nic na to nie poradzi, przecież jest zima i jest
ślisko. Podjechał pod szpital, zaparkował, wyjął z auta prezent i ruszył do
środka. W recepcji dopytał się dokładnie gdzie leży Sakura. Wyjechał na 2
piętro i udał się do pokoju nr 16. Zapukał do drzwi, lecz NIK mu nie
odpowiedział, wszedł do środka zamykając za sobą drzwi. Sakury nie było.
Ech..pewnie wzięli ją na jakieś badania, pomyślał, będę musiał poczekać.
Położył kosz kwiatów koło łóżka, a sam usiadł na krześle obok.
~*~
-Proszę to świeża piżama od
pani matki – powiedziała pielęgniarka wręczając Sakurze ubrania.
-Dziękuje – wzięła od niej
rzeczy, zdjęła ręcznik, którym była owinięta i nałożyła piżamę, drugim
ręcznikiem, którym miała owiniętą głowę, wytarła dokładniej włosy i je
rozczesała. Wyszła z łazienki, przed drzwiami czekał na nią Hikaru, powoli
kulejąc szła w stronę swojego pokoju, pomagała jej siostra. Chłopak poszedł
przodem i otworzył drzwi do sali, zdziwił się widząc Itachiego siedzącego na
krześle. Nie spodziewała się gości, a do tego swojego szefa, myślał, że pan
Uchiha już wszystko załatwił.
-Co ty tu robisz? – zapytał,
lecz nie zdążył spytać się o nic więcej, bo zobaczył w drzwiach Sakurę
podtrzymywaną przez pielęgniarkę. Hikaru cofnął się o dwa kroki do tył i
zniknął z widzenia Uchihy. Wstał i wziął do rąk kosz.
~*~
Hikaru uciekł jak najszybciej
mógł, był zdziwiony reakcja Itachiego. Czyżby nic nie wiedział, pomyślał. Muszę
się przed nich schować, bo nie chce mieć problemów, poczekam aż sobie pójdzie i
wrócę na posterunek. Wizyty kończą się o dziewiętnastej, ale poczekam godzinę
dłużej, bo może mnie szukać. Wsiadł do winy i pojechał na ostatnie piętro, tam
poszukał schowka na miotły, żeby móc się schować miedzy dziewiętnasta a
dwudziestą.
~*~
Zdziwiłam
się gdy go zobaczyłam, a jeszcze bardziej zadziwiło mnie to, co ma w rękach.
Duży kosz, a w nim róże? Tak to były one, takie piękne, mój ukochany kwiat,
który bardzo rzadko dostawałam od mężczyzny... Kosz w którym były cięte kwiaty
był obwinięty zielonym tiulem, a od tego szła czerwona wstążka. Kwiaty były
różnych kolorów, poukładane od największe, w dół najmniejsze i zwód wzrastały.
Były różne kolory : różowe, jasno różowe, fioletowe, czerwone, białe, żółte,
pomarańczowe, różowo-białe. Były także wszystkie kolory tęczy. Wyglądało
to tak pięknie! Na samym środku znajdowały się czekoladki z napisem
„Przepraszam” w kształcie serduszka.
-To
ja państwa zostawię – pisnęła podekscytowana pielęgniarka, pomogła mi jeszcze
tylko podejść do łóżka, i nas zostawiła samych.
-Co…
co to jest, Itachi? – tylko tyle zdołałam wypowiedzieć, byłam w szoku. Z jakiej
okazji on przyniósł mi tyle róż i za co przeprasza, i skąd wie, że jestem w
szpitalu?
-Wiesz,
to ja cię potrąciłem. Wybiegłaś tak nagle na ulice, nie mogłem wyhamować,
przepraszam.. – popatrzył mi w oczy, żałował, ale czego? Przecież to moja wina,
że wpadłam mu pod koła, to ja powinnam przeprosić, iż narobiłam mu strachu!
-To
ja powinnam przeprosić…gdybym uważała… - zrobiło mi się ciepło, to dziwne
uczucie, policzki pewnie mam czerwone jak burak!
-Ty
poniosłaś szkodę, nie ja – uśmiechnął się, odwzajemniłam uśmiech. Powoli
„doczołgałam” się do kosza kwiatów, powąchałam je.
-Pięknie
pachną, dziękuję są śliczne! – popatrzyłam mu ponownie w oczy, odczuwał ulgę,
pewnie dlatego, że nie jestem zła i przyjęłam przeprosiny, ale o co miałam się
złościć. Gdybym nie spanikowała, tylko uciekała myśląc, nic by się nie stało!
Ech, a teraz jestem więziona w tym cholernym szpitalu!
-Jak
się czujesz? Bardzo boli? – zapytał troskliwie, wiem, że się martwi, bo mnie
potrącił, ale to jest za duża troska, ledwo, co się znamy! Spotkaliśmy się
tylko raz!
-Jest
dobrze, to tylko skręcenie i kilka siniaków! – powiedziała zadowolona, ale z
czego tu się cieszyć?
-Wiem,
lekarz mi powiedział – uśmiechnął się pokazując białe zęby – usiądź, nie
przemęczaj się.
-Dobrze,
nie jest ze mną tak źle. – posłałam mu rozbawiony uśmiech, bardziej się mną
opiekuje niż pielęgniarki. – może
opowiesz mi o szkole i nauczycielach? Jestem nowa więc, nic nie wiem. –chciałam
go zatrzymać dłużej, myślałam, że skoro przyniósł kwiaty i przeprosił będzie
chciał iść.
-Dobrze,
więc na początek weźmiemy Kakashiego Hatake, uczy matematyki…– i tak zaczął mi
opowiadać o wszystkich nauczycielach, o tym u których można ściągać, z którymi
można pożartować, którzy są zboczeni i lepiej nie ubierać bluzek z dekoltem. Na
koniec zostawił dyrektorkę, myślałam, że jest miła, a okazało się , iż to
wcielenie diabła. Opowiedział mi też o kolegach z mojej klasy, nie wiem skąd
ich tak dobrze znał, ale nie wnikałam w szczegóły. I tak czas minął, z
piętnastej zegar przeskoczył na dwudziestą, dziwie się, że pielęgniarki, które
wchodziły do mnie przynosząc mi leki czy kolację, go nie wypędziły. – no
niestety będę musiał już iść – popatrzył na zegarek na ręce. - Będę mógł jutro też wpaść? Chyba, że cię tak
zanudziłem tą gadanina, iż nie chcesz już mnie widzieć??
-No
coś ty! Będę szczęśliwa jeśli jutro mnie też odwiedzisz. – powiedziała zgodnie
z prawda, chciałam jeszcze z nim porozmawiać.
-Miło
mi to słyszeć. To do jutra – rozprostował kości i wyszedł. Weszłam pod kołdrę,
przytuliłam się do poduszki, próbowałam zasnąć, lecz nie mogłam. Cały czas
myślałam o Itachim, o jedynej dobrej rzeczy jaka mnie dzisiaj spotkała.
~*~
Gdy
tylko zamknął drzwi do pokoju, rozejrzał się po korytarzu. Wzrokiem szukał
Hikaru, lecz nigdzie go nie było. Musisz mi wytłumaczyć, o co w tym chodzi?
–pomyślał. Ruszył w stronę męskiej
toalety, tam go nie było. Sprawdził każde pomieszczenie, lecz nie mógł go
znaleźć. Korytarz był pusty, nie było na nim żywej duszy, ale nie rezygnował,
miał zamiar teraz iść na kolejne piętro, przycisnął guzik, poczekał chwilę,
drzwi windy się otworzyła, a z niej wyszedł Hikaru. Przestraszony, chciał
uciec, lecz Itachi był szybszy i załapał go za koszulkę nie pozwalając na
ucieczkę.
-Nie
sądzisz, że należą mi się jakieś wyjaśnienia??
- zapytał wkurzony.
-Skoro
ojciec ci nic nie powiedział, to ja nie mogę! – pisnął przestraszony. Itachi
był znany z tego, że jest bezwzględną i nieczuła osobą. Jeśli ktoś go wkurzy i
przyjdzie taka potrzeba, nie zawaha się go zabić. Budził strach u pracowników
ojca, nikt nie chciał z nim zadzierać, lecz był taki tylko w sprawach
dotyczących mafii.
-Gadaj,
albo urwę ci jaja i usmażę sobie na śniadanie! – uchwycił go za kołnierz
koszulki i mocno potrząsnął.
-Nie
mogę… - wyszeptał. Wkurzony rzucił nim jak laką o ścianę, Hikaru sykną z bólu.
Itachi przycisnął go do ściany, przyciskając do jego szyi lewy łokieć, prawą ręką
wyciągnął z tyłu spodni pistolet Desert Eagle 50AE, przystawił mu lufę do
skroni. <PISTOLET>
-Gadaj,
bo nie chce zbrudzić sobie nowej koszuli. – jego ciemne oczy płonęły złością,
twarz miał bez wyrazu. Przerażony chłopak był blady jak ścian, wiedział, że
Itachi nie żartował.
-Dobra,
dobra Powiem! – Uchiha poluzował uścisk, lecz nie schował broni, nadal trzymał
lufę na skroni chłopaka. Hikaru cały się trząsł ze strachu, głośno przełkną
ślinę.
-No
dalej, nie będę tu sterczał do rana! – wysyczał poirytowany.
-Muszę
ją pilnować żeby znowu nie uciekła. Porwaliśmy ją z domu, bo jej ojciec nie
chciał zapłacić długu, który jest winny twojemu ojcu. Zamknęliśmy ją w twoim
pokoju, lecz udało jej się uciec…
-Idiota
– odsunął się od niego i uderzył go kolbą pistoletu, chłopak stracił
przytomność, jego bezwładne ciało osunęło się po ścianie do pozycji siedzącej.–
Poszło łatwiej, niż myślałam, nawet nie miałem go nabitego – popatrzył na Deserta
Eagle – jak zwykle się spisałeś.
_________
No i
wyszło takie coś... Ta Kimi mnie wykończy! Pierwszy raz napisała taką długa
nocię:0 Kiedy kolejna? Nie mam pojęcia, ale jak Kimi weźmie się do roboty, to
coś mi się wydaję,że dość szybko^^ mam nadzieję, ze ci się Podobała Kochan Ty
moja:*:*
Pozdrówka
do kolejnej!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz